Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Mariusz Berko

Ks. Mariusz Berko opisuje w swym liście podróż do Amazonii, wspomina piękno natury, ale przede wszystkim piękno ludzi o dobrym i otwartym sercu, amazońskich Indian, którzy oddają cześć Maryi śpiewem litanii. 
Saramandaia, 28 lutego 2004 r.
 
Moi kochani!
 
Tak rzadko już biorę się do pisania, że aż mi wstyd. Jednak – jak to często powtarzałem w swoich kazaniach – coraz bardziej kocham Brazylię i nie „mam” dużo czasu dla Polski.... Muszę jednak podzielić się z Wami czymś, co było moim największym marzeniem od trzech lat. Byłem i widziałem wielką dżunglę Amazonii. Zacznę jednak od początku.
 
Razem z ks. Ryszardem Taraszką otrzymaliśmy od firmy lotniczej Varig darmowy lot po Brazylii (za punkty zebrane w przelotach do Polski). Zdecydowaliśmy się odwiedzić naszego kolegę ks. Kazimierza Skórskiego, który od stycznia 2003 r. pracuje na wyspie Marajo, leżącej w wielkiej delcie rzeki Amazonki. Nawet na makiecie globu ziemskiego można odróżnić tę wielką wyspę, otoczoną wodami rzek, oceanem i zieloną dżunglą. Samolot z Salwadoru do Belem, największego miasta w regionie, leciał 6 godzin, z trzema przystankami po drodze. Mieliśmy na wyprawę 6 dni, bo musieliśmy wracać do swoich parafii na niedzielne msze św. W poniedziałek wieczorem przywitał nas na lotnisku ks. Kaziu swoim spokojnym uśmiechem. We wtorek załadowaliśmy się na niewielki statek pełen towarów, zwierząt, a zwłaszcza ludzi i hamaków rozwieszonych po całej przestrzeni. Trochę zaniepokojony zapytałem Kazimierza, po co tyle tych sznurków, ale on uśmiechnął się tylko i dodał, że zrozumiem w nocy. Statek zagwizdał i ruszyliśmy. Przed nami 18 godzin podróży, jak nas poinformowano. Wielkie Belem w miarę oddalania stawało się malutkie, choć na początku robiło wrażenie Nowego Yorku ze swoimi wieżowcami. Za to rzeka Para jakby chciała nas pochłonąć swoimi brązowymi wodami. Zrobiło się ciemno, ludzie powchodzili do swoich hamaków, które kołysały się wraz z falą uderzającą o statek. Żeby przejść z jednej strony na drugą musiałem się czołgać. Usiadłem na podłodze, trzymając się barierki. Kiedy wpłynęliśmy do wielkiej zatoki Marajo, gdzie docierają fale z oceanu Atlantyckiego, statkiem zaczęło poniewierać we wszystkie strony. Hamaki obijały się jeden o drugi, ale wszyscy spali, nawet moi koledzy gdzieś się mi zagubili. Trochę wystraszony myślałem: „...czyżbym był jedynym czuwającym nad tym statkiem? No, jest jeszcze Pan Bóg”. W końcu zmęczony walką z morzem zasnąłem na moment i kiedy się przebudziłem, statek przesuwał się po niewielkiej rzece – odnodze, dość blisko brzegu. W światłach naszej łajby zobaczyłem wielkie drzewa i krzewy wynurzające się z brązowej wody. To wyglądało, jakby las rzucił się na rzekę, by jej zabrać trochę terytorium, na ile to możliwe. Jak się później dowiedziałem, głębokość tych rzek jest nieraz większa niż ich szerokość. Tymi kanałami przepływają nawet wielkie transatlantyki. W walce z lasem rzeka przegrała, mogąc iść tylko w głąb... Tę walkę widać nawet w nocy. Co jakiś czas dostrzegałem małe, drewniane pomosty, a nawet w głębi, prawie na drzewie, drewniane szałasy. W bezmiernej ciemności zobaczyłem małą świeczkę. Tu mieszka jakaś rodzina.... Mojej fascynacji widokiem amazońskiej dżungli nocą towarzyszyła muzyka ptaków i zwierząt. Piszę muzyka, bo początkowo się zachwycałem, lecz po pewnym czasie uświadomiłem sobie, że nie słyszę silnika statku, który przedtem wył jak parowiec. Wychyliłem się i spojrzałem na wodę. Nic się nie rusza. Nie daj Boże jakieś zwierzę, ale my się nie ruszamy. Rzuciłem małą buteleczkę, by sprawdzić kierunek poruszania się. Prąd rzeki znosił nas w drugą stronę i na brzeg. Wszyscy śpią. Czyżbym znowu był jedynym marynarzem? Ale co robić... Przeczołgałem się pod hamakami... Usiadłem w innym miejscu... tak skulony zasnąłem. Obudziło mnie szarpnięcie i usłyszałem głos ks. Kazimierza: „Musimy wysiadać”. Nie mogłem patrzeć, bo słońce paliło niemiłosiernie. Zapytałem więc: „Jak??? Widzę rzekę i las?”. Wiedziałem, że mamy się przesiadać na małą łódeczkę w miejscowości Breves, ale nie widać nic. Okazało się, że nasz stateczek płynął 22 godziny i nasze połączenie odpłynęło, a następne na drugi dzień... Kazek znający już tutejsze warunki zaalarmował kapitana i ten wezwał przez krótkofalówkę naszą łódeczkę do Bagre, w momencie kiedy przepływała obok. Kiedy tak zdenerwowany czekałem na mój pierwszy skok nad Amazonką, spojrzałem na ludzi. Siedzieli na swoich hamakach, uśmiechając się do mnie z politowaniem. Tak jakby wszyscy chcieli mi powiedzieć: „Czy to ważne, jeden dzień wcześniej czy jeden dzień później, ważne, żeby płomień nie zgasł...”. Skoczyłem. Ludzie nam pomachali. Oni dotrą do domów o jeden dzień później niż zaplanowali. No i co z tego? Ważne, żeby „płomień” nie zgasł. Z małej łodzi widziałem wielkie bale drzewa, które zgubiły statki. Rzeki są jak wielkie drogi, tylko bez kierunkowskazów. Obowiązuje jednak wiele zasad. Im mniejsza łódka, tym płynie bliżej brzegu. Widziałem kilkuletnie dzieci indiańskie, które wiosłowały swoje czółna pod prąd rzeki. Kazimierz mówił, że wiele 7 – 8 letnich dzieciaków codziennie walczy z wielką rzeką, by przepłynąć 10 km do najbliższej szkoły. Ludzie z łódek przepływających blisko nas machali nam z sympatią. Toż to przecież ci „dzicy” Indianie z amazońskiej puszczy.
 
Wreszcie w środę w nocy dotarliśmy do Bagre, „ziemi obiecanej” ks. Kazia. Wielu ludzi wyszło na brzeg popatrzeć, kto do nich przyjechał. Zrobiliśmy pierwsze zdjęcia. Ustawiali się jak do poboru. Niewątpliwie my też byliśmy dla nich atrakcją. Miasteczko Bagre ma ładny plac przy kościele i ładny kościółek. Kilka murowanych domów i stację benzynową na wodzie. Tak, bo tankują tylko łodzie z silnikiem. Nie ma ani jednego samochodu i większość dzieci nigdy!!! nie wiedziała samochodu. Nie da się wyjechać z wioski, wszędzie woda i las. Można tylko wypłynąć. Większość mieszkańców mieszka na palach stojących w wodzie. Dzieciaki prosto z baraczku-domku skaczą do wody... Już sama rzeka niesie ze sobą wiele zagrożeń, a tym bardziej w skupisku ludzi, tyle brudu, odchodów, zepsutego jedzenia itd. Pytam dzieciaków: „Nie boicie się tu kąpać?”. Wszyscy chórem odpowiedzieli: „Nie”. „A piranie są?” – zapytałem. „Są”. „A węże są, a krokodyle są, a...”. „Są i co z tego, my tu jesteśmy panami” – odpowiedział jeden z chłopców. No właśnie. Ciekawe, że kolonizatorzy nigdy nie zrobili z Indian niewolników. Musieli przywozić z dalekiej Afryki. Indianin wolał umrzeć niż służyć w niewoli. Oni są panami Amazonii, choć wielu Brazylijczyków z lepszego świata chciałoby ich sprzedać z drewnem i przyrodą tego pięknego regionu.
 
Spacerowaliśmy po wąziutkich kładeczkach, zastępujących ulice między domami, bojąc się, by jakaś nie zapadła się pod nami, bo wylądowalibyśmy w wodzie. Jakże inaczej wygląda świat fawel, zamurowany z każdej strony, bez jakiegokolwiek drzewka, a nawet kawałka trawy. Tu wszystko wśród drzew, jak gniazda ptaków, ponad wielkim rozlewiskiem rzeki. Ta właśnie rzeka, która nieraz niesie choroby, jest jedyną dawczynią życia. Rzeka to jedyna komunikacja, to pożywienie, zwłaszcza ryby, to ucieczka w razie zagrożenia, rzeka to praca itd. Ciekawe, że w „brudnych” wodach Amazonki żyje 80 procent więcej ryb niż w stosunkowo czystych wodach rzeki Rio Negro. Niektóre ryby dochodzą nawet do 3 m długości. Woda tutaj ma najwięcej minerałów potrzebnych do życia fauny i flory. Mieliśmy okazję porozmawiać z wielką papugą Arara, która prosiła nas o kawę...do jedzenia. Na mojej ręce obwiesiła się młoda samiczka-leniwiec, przytulając swoją sympatyczna główkę. Jeżozwierz nastroszył swoje kolce i uciekłem... Jakiś lis o długim ryju na mój widok się posikał ...Ja też się go bałem. Czarny ptaszek, który pięknie śpiewa, przybiegł do mnie, żeby go łaskotać po grzbiecie i nie dawał mi spokoju przez ponad godzinę ...Znów musiałem uciekać, tym razem przed miłością.... Trudno mi opisać to wszystko, co widziałem i przeżyłem. Spotkałem wielu ludzi o otwartym i dobrym sercu. Wielką wiarę i nadzieję. W dzień powszedni przyszło na mszę ok. 80 ludzi, w tym ok. 20 ministrantów. Słuchali mojego kazania z tzw. otwartą buzią. Kiedy wyszedłem, ich śpiew pomieszał się z odgłosem amazońskiej puszczy. Coś mnie poruszyło. Śpiewali litanię loretańską z taką polską melodią jak w Dębicy, Dąbrowie czy Mielcu...Toż to przecież maj i ks. Jan nauczył Indian z amazońskiej puszczy śpiewać w polskich melodiach...Chwalcie łąki umajone ...Z mojego plecaka wyciągnąłem małą flagę biało-czerwoną i dodałem do Kazia: „Ta ziemia do Polski należy...”. Może to i żart, ale sami parafianie po naszym przyjeździe powiedzieli nam: „My to chyba jesteśmy rodacy Papieża, bo tylko jego krajanie chcą tu z nami żyć”. Ks. Kazimierz to trzeci kapłan Polak, który pracuje w tej parafii. Nigdy nie było tam księdza brazylijskiego, a wiele lat w ogóle nie było kapłana. Klęczę przy drzwiach kościoła. Ludzie na kolanach, zamodleni, tylko ministranci śmiejący się ze świętej Katarzyny. Wreszcie „Przed Najświętszym”....znów na polską melodię. To nie są wspomnienia z wiejskiej parafii, to druga strona świata, ta odcięta ... To są potomkowie Indian, żyjących w naturze.... Powiedzcie ks. Twardowskiemu, że tu w Bagre, w głębokiej puszczy amazońskiej, „sumienie ruszyło” jednemu księdzu, co jeszcze „w biedronce się nie zakochał...”.
 
Szybko minęły dni pobytu. Nie zdążyliśmy wypłynąć w dżunglę, ale wrażeń mieliśmy co niemiara. Jeszcze powrót. Łódka do Breves i potem małym samolotem, zwanym „Teko-teko”, do Belem. Kiedy zobaczyłem nasz odrzutowiec, skończyła się poezja i zaczęła proza. Ledwie wszedłem do środka i jeszcze pilot kazał mi się odsunąć od drzwi, bo mogą się otworzyć. Ja tylko wytrzeszczałem oczy, a dla niego to normalne, że drzwi od samolotu mogą się otworzyć w czasie lotu. Na szczęście się tylko troszkę uchyliły. Wystartowaliśmy z wiarą na ramieniu. To, co zobaczyliśmy, było przepiękne. Zielone morze drzew, przeorane wstęgami rzek. Wszystko po horyzont.... Bez granic, bez końca...
 
Wróciłem do domu. Siedzę w Saramandaia. Znowu się tutaj strzelali... Tu dżungla jest jeszcze gorsza, bo bez prawa i bez litości. Ja jednak chodzę jak zakochany, nie mogę się wyzbyć wspomnień o pięknej i majestatycznej Amazonii. Kiedyś tam powrócę. Obiecałem Kaziowi, ludziom, sobie i Amazonii. Nie dziś, nie jutro – nieważne – ważne, by płomień nie zagasł. Swoją drogą, myślałem, że „wypłynąłem już na głębię”, ale widzę, że ta głębia nie ma dna. Pozdrawiam wszystkich z całego serca.
 
ks. Mariusz Berko 
Brazylia 
Głoście Ewangelię 2(2004), s. 16 – 20.