Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Marek Pawełek

Ks. Marek Pawełek do pracy w Brazylii wyjechał w ubiegłym roku. W pierwszym swoim liście pisze o nowych doświadczeniach swojego kapłańskiego posługiwania. Nagrodą za cały trud, jaki wkłada w głoszenie Ewangelii i pomoc ludziom, wśród których pracuje, zwłaszcza dzieciom, jest jak pisze „uśmiech dziecka”.

 
Ourolandia, 26 stycznia 2003 r. 
Kochani Przyjaciele!
 
Pragnę gorąco pozdrowić z pięknej i jakże gorącej Brazylii. Przyjechałem tu 13 listopada 2002 roku. Moim miejscem pracy są obecnie dwie parafie: Ourolandia i Umburanas. W diecezji jest 30-stu księży i 600 tys. mieszkańców, więc ks. Biskup robi co może, aby jak najwięcej ludzi mogło korzystać z posługi kapłana.
 
Kiedy przyleciałem do Salwadoru (najstarsze, dwumilionowe miasto), na lotnisku czekało już na mnie czterech polskich misjonarzy pracujących w Salwadorze. Gdy przyjechaliśmy do parafii prowadzonej przez ks. Kazimierza, zadawałem dużo pytań na temat ich pracy, jednak często zamiast odpowiedzi słyszałem: „poczekaj sam zobaczysz”.
 
Ks. Mariusz pokazał mi fawele (dzielnice biedoty), w których oni wszyscy pracują. Fawele otaczają szerokim pierścieniem Salwador, rządzą się swoimi wewnętrznymi prawami świata przestępczego. Powoli zacząłem rozumieć, dlaczego często misjonarze niewiele mówią o swojej pracy. Bo co można zdziałać z takim morzem nędzy? Jak można pomóc tym ludziom? Chyba jedynie tylko z nimi być, zresztą, jak mi się wydaje, tego właśnie oni oczekują, nie chcą już kolejnych pustych obietnic składanych przez prefektów czy prezydentów zarządzających. Tyle się już tego nasłuchali, że kiedy przyjeżdża do nich ksiądz i zamieszkuje z nimi, jest to dla nich prawdziwy dowód szczerej pomocy i bardzo sobie to cenią.
 
Patrząc na piękne zabytkowe centrum Salwadoru i rozległe dzielnice biedoty (domy bez okien i drzwi) można było odnieść wrażenie, że są dwa światy: ten lepszy, bo zamożniejszy i ten gorszy, bo nieposiadający niczego.
 
Po trzech tygodniach pobytu w Salwadorze przyjechali po mnie księża: Jan i Roman, z którymi obecnie współpracuję. Oni już od roku pracują w tych dwóch miasteczkach Umburanas i Ourolandia i w kilkudziesięciu wioskach, do których raz w miesiącu dojeżdżamy. Nasza misja leży w interiorze, czyli z dala od wielkich miast, gdzie, jak mówią sami Brazylijczycy, jest koniec świata. Myślę, że trochę przesadzają, bo końcem świata nazywają Jakobinę, spore miasteczko, za którym jeszcze dalej o 70 km my mamy swoją misję, więc z tym końcem świata to chyba nie do końca prawda.
 
Jeżdżenie po wspólnotach w małych wioskach okazało się dla mnie nowym doświadczeniem. Domy zrobione z gliny czy z wypalanej cegły, brak prądu i drogi, którymi ciężko przejechać, przypominają swoim wyglądem opisy z trylogii Sienkiewicza.
 
Nieco inaczej jest w naszych dwóch miasteczkach, tu już jest grupa ludzi zamożniejszych mieszkająca w centrum. Oczywiście tu również są znaczne obrzeża biedaków, którzy praktycznie wegetują z dnia na dzień.
 
Najpiękniejsza pora to wieczór między godziną 20.00 a 23.00, naszego czasu oczywiście. Różnica z Polską wynosi obecnie trzy godziny, a w porze letniej 5 godzin. Wtedy wszyscy wychodzą przed domy, ponieważ te są tak nagrzane, że nie da się w nich przebywać. Na zewnątrz nie ma już słońca i temperatura spada poniżej 30 stopni, więc jest przyjemnie. Mieszkańcy siedzą na ziemi przed swymi domami, wymieniają z sąsiadami doświadczenia dnia, dzieciaki rozbawione biegają, można powiedzieć, że kwitnie życie towarzyskie.
 
Dzieci i starsi jakby zapomnieli o ciężkiej całodziennej pracy na gospodarstwie, wielu wydaje się nie pamiętać, że znów nie było co zjeść na kolację, problem nauki wieczornej też odpada, bo i nie ma z czego, większość dzieci nie ma książek, a nauka języka angielskiego wygląda w ten sposób, że jest jeden słownik na szkołę.
 
Dzieciaki bardzo lubią przychodzić do nas. Ze mnie mają trochę radości, bo często nie wiem, co mówią, jestem tu dopiero trzeci miesiąc, więc czują się ważne, że Padre, czyli księdza mogą czegoś nauczyć i tak mamy wiele zabawy.
 
Nie brakuje im nigdy uśmiechu, te śliczne roześmiane twarze są najwspanialszą zapłatą dla wszystkich misjonarzy za trud, jaki wkładają w pracę. Bardzo się cieszę, że ja również mogę być tu razem z nimi i patrzeć na ten wspaniały uśmiech dziecka, w którego sercu, dzięki posłudze księdza, może zamieszkać sam Bóg.
 
Jeszcze raz gorąco wszystkich pozdrawiam z gorących i suchych terenów Brazylii
 
 ks. Marek Pawełek
Brazylia
Głoście Ewangelię 2(2003), s. 13 – 15.