Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Mariusz Berko

Ks. Mariusz Berko, pracujący w Brazylii od listopada 2000 roku, pisze drugi list do naszego biuletynu.. Tym razem jego treść dotyczy brazylijskich dzieci. 
Salvador, 25 kwietnia 2001 r.
 
Drodzy Czytelnicy! 
 
Przyszła jesień. Ochłodziło się trochę i zaczęły padać deszcze. Dzieci poszły do szkoły, a my na parafii zaczynamy nowy rok pracy duszpasterskiej. Wszystko brzmi normalnie, gdyby nie to, że jest 25 kwietnia, temperatura spada nawet do 25 C. Murzyni zakładają wtedy czapki i kurtki. Deszcz nie pada, a spada z nieba. Czasami patrzę w górę, czy to na pewno z nieba, czy może ktoś wylewa na mnie wiadro wody. I jeszcze ta różnica, że tylko niektóre dzieci poszły do szkoły. A i nasza praca duszpasterska znacznie różni się od tej w Polsce. Mamy we dwóch do obsłużenia 16 wspólnot, co w Polsce tworzyłoby 16 parafii z licznymi grupami apostolskimi w każdej.
 
Potrzeba tutaj wiele cierpliwości przy udzielaniu sakramentów czy odprawianiu mszy św. Większość wiernych przychodzi prawie godzinę później, często rozmawiają na głos w trakcie celebry lub wychodzą w połowie. Przyznam, że dużo mnie to kosztuje zdrowia, zwłaszcza po całonocnym przygotowaniu kazania. Na tym się nie kończy moje posługiwanie. W każdej wspólnocie trzeba przygotować katechetów (to ci, którzy uczą innych religii), bo niektórzy np. nie wiedzą, ile jest sakramentów. Trzeba przygotować liturgię, bo np. wielu szafarzy komunii św. nie rozróżnia mszy św. od nabożeństwa Słowa Bożego. W każdej wspólnocie: grupie młodzieży, rodzin, grupie modlitewnej i innych potrzeba formacji i edukacji.
 
Ciągle stawiamy sobie pytania, jak pomóc tym najbiedniejszym, głodnym, potrzebującym podstawowych środków do życia. Zaś ciągłe spotkania na szczeblu wspólnoty, parafii i diecezji sprawiają, że codziennie wędruję po naszym Bairro (dzielnicy fawel), robiąc po kilkanaście kilometrów. Nie jest to łatwe ze względu na gorąco (w dzień nadal temperatura osiąga 35 stopni, o dużej wilgotności powietrza) i pagórkowaty teren, o dość stromych zboczach. Chodzenie po bezdrożach „suburbany” ma jednak swoje uroki. Codziennie spotykam się z ludźmi prostymi, biednymi, mieszkającymi w obskurnych domach, chodzącymi boso i w zniszczonych ubraniach, ale zawsze mającymi na twarzy przyjazne spojrzenie i jakże często na ustach przyjazne słowo.
 
Wielu mnie pozdrawia, pyta, jak się czuję, zaprasza, częstuje. Sympatia dzieci jest niespotykana. Prawie codziennie na ulicy jakieś dziecko lub kilkoro dzieci rzuca mi się na szyje, całuje po rękach i tarmosi spodnie, tylko dlatego, że spotkały księdza. Nic nie dostają od mnie, bo nie bardzo mam co im dać, ale i one nie proszą o nic. Dar serca i sympatii jest najpiękniejszy. Ludzie tutaj nie mając wiele, obdarzają się sobą. Wspólnie spędzają czas na ulicy, pomagają sobie, jeśli to możliwe i obdarzają wielką miłością. Tyle gestów sympatii i uczucia co tu przez 4 miesiące, nie doznałem w Polsce przez 8 lat kapłaństwa. Każdy w kościele chce się uściskać z księdzem, porozmawiać. Raczej nie jest to możliwe w Polsce po mszy, na której było 500 osób. Często kapłan wychodząc z kościoła nie spotyka już nikogo, kto zapyta go, jak się żyje, czy nie trzeba coś pomóc. Tutaj w Salwadorze te pytania zadają prawie wszyscy. A tak naprawdę pomocy potrzebują oni, a zwłaszcza dzieci, które nie zrozumieją, dlaczego dziś zabrakło fasoli – jedynej potrawy, którą jedzą. Na początku listu wspomniałem, że nie wszystkie dzieci poszły do szkoły.
 
W Brazylii, w stanie Bahia, większość szkół jest prywatna. Nawet te organizowane przez państwo wymagają odpowiedniego ubrania, książek i opłat, na które wielu nie stać. Co najgorsze, nawet szkółki przyparafialne (organizowane przez Kościół Katolicki, dzięki fundacjom z Europy) pobierają miesięcznie po 7 reałów (14 zł) od dziecka, bo parafia nie ma pieniędzy na prąd, kredę, papier i niewielki posiłek. Jak uczyć dzieci, które cały dzień nic nie jadły? Kiedy pytałem samotną matkę dziesięciorga dzieci, dlaczego tylko dwoje chodzi do szkółki przyparafialnej, odpowiedziała: „Przez miesiąc zarobię 150 reałów (300 zł, to minimalna pensja w Brazylii, którą otrzymuje wiele ciężko pracujących osób), na szkołę dla wszystkich dzieci musiałabym wydać połowę swojej pensji. Sama umarłabym z głodu”. Tak, dwoje sprytniejszych dzieci chodzi do szkoły po to tylko, żeby przynieść jedzenie dla reszty. Nie mogłem nic więcej powiedzieć. Ta szkółka została założona dla najuboższych, ale okazało się, że są jeszcze biedniejsi.
 
Pewnego razu, z trudem idąc ze zmęczenia upałem, zobaczyłem na ulicy Salwadoru chłopca ciągnącego wielki wózek wyładowany żelastwem. Aż mnie zamurowało. Jak taki mały chłopiec, w taki upał, może ciągnąć taki ciężar? Podszedłem do niego i zapytałem, dlaczego to robi. „Muszę sprzedać w skupie złomu. Jasne nie?”- odpowiedział. „A jak długo już zbierasz ten złom” - zapytałem. „Od trzech lat”. „A ile masz teraz” - „Dziesięć”. „Cały dzień zbierania, wielkiego wysiłku i ile dostaniesz za to pieniędzy” - zapytałem. „No może dwa reały...” (4 zł) usłyszałem w odpowiedzi. Kto nie widział wysiłku tego chłopca, nie zrozumie, co to znaczyło. Poszedł dalej, a ja zostałem z pytaniem: „Dlaczego?”. To przecież dziecko - dziesięcioletni chłopiec. Nie jedyny w Salwadorze i nie tylko tutaj.
 
Za każdym razem, kiedy jadę autobusem miejskim do centrum, spotykam „małych sprzedawców”. Chłopcy mający po 7 – 9 lat sprzedają cukierki, lody, papierosy, jakieś zawiniątka przez siebie zrobione. Nie umieją czytać, nie umieją pisać i nie będą umieli, bo nigdy nie pójdą do szkoły. Muszą pracować, by żyć. Na jednym znają się bardzo dobrze. Na pieniądzach. Powtarzam, dzieci z pierwszej czy drugiej klasy szkoły podstawowej. Wsiadają do autobusu, przeciskając się przez szczelinę miedzy barierkami konduktora. Często bici przez niego i wyrzucani na zewnątrz. Kiedyś w centrum miasta spotkałem Juniora, ośmioletniego chłopca z mojej parafii. Raz zaczepił mnie przed domem, prosząc o reała. Nie dałem mu wtedy, bo sam nie miałem, ale porozmawialiśmy z przyjaźnią. Od tej pory zawsze z daleka kłaniał mi się i pozdrawiał z szerokim uśmiechem na ustach. Kiedy zobaczył mnie wtedy na ulicy, podbiegł i zaczął częstować jakimś cukierkiem przez siebie zrobionym z tych, które sprzedawał. „Nie, nie chcę” - odpowiedziałem przezornie. „To dla ciebie prezent. Nie chcę pieniędzy.” – dodał Junior. Nie miałem wyjścia. Prezent trzeba przyjąć. Jednak, kiedy rozstaliśmy się, ofiarowałem go innemu chłopcu, który sprzedawał papierosy. Późną nocą, kiedy wsiadałem do autobusu, aby wrócić do swojej parafii, znów w środku zobaczyłem Juniora oferującego pasażerom swoje cukierki. Kiedy podszedł do mnie, dałem mu resztę pieniędzy, które konduktor wydał mi z biletu, mówiąc: „To jest prezent dla Ciebie”. Puścił mi tylko oko i sprzedawał dalej. Kiedy wysiadał z autobusu, podszedł do mnie i podając mi rękę, jak równy z równym, powiedział: „Cześć przyjacielu”. Przypomniałem sobie wtedy słowa z Ewangelii: „Zdobywajcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną”. Jakie to proste. Junior nie sprzedał wiele swoich cukierków. Zarobił może 2-3 reały (ok.5 zł), za które kupi chleb lub trochę fasoli dla swego rodzeństwa. Kiedy patrzyłem na odchodzącego w ciemną uliczkę fawel Juniora, pomyślałem: „Co robią ośmioletni chłopcy o 23 w Dąbrowie Tarnowskiej, Dębicy, Szarwarku czy Zawadzie? Dlaczego ten chłopiec musi pracować do późna w nocy, aby mogli jeść jego mniejsi bracia i siostry, aby mogli żyć? Czym różni się ten chłopiec od innych dzieci, które jeżdżą na rowerach, grają w piłkę, oglądają telewizję?” To mały, uśmiechnięty, ładny chłopiec, o oczach starego człowieka. Urodził się Brazylii na przedmieściach wielkiego miasta, w biednej, wielodzietnej rodzinie. Takich Juniorów na ulicach Salwadoru można spotkać tysiące, jak nie setki tysięcy. Ciągle zadaję sobie pytanie: co mogę zrobić, by pomóc Juniorowi i takim jak on. Bezradność jest nieraz bolesna... Jednak dla nas, chrześcijan, nie ma sytuacji beznadziejnych. Zawsze można coś, choćby dla jednego dziecka.... Proszę Was, Drodzy Wierni, przede wszystkim o modlitwę za te dzieci. Bóg zapłać.
 
ks. Mariusz Berko
Brazylia
Głoście Ewangelię 3(2001), s. 27-29.