Strona główna
Artykuły
Biuletyn "Głoście Ewangelię"
Dom Formacji Misyjnej
Historia
Informacja
Kronika misyjna
Misjonarze diecezjalni
Misjonarze zakonni i świeccy
Misjonarze męczennicy
Księża tarnowscy na Wschodzie
Animacja i formacja misyjna
Szpital w Bagandou
Kleryckie Ognisko Misyjne
Kolędnicy misyjni
Wspomnienie o ks. Janie Czubie
Ofiarność i pomoc dla misji
Mungo Maboko

ks. Piotr Galus

Ks. Piotr Galus przebywa w Brazylii od sierpnia ubiegłego roku. Niniejszy list jest pisany podczas kursu językowego, który przechodził. Dzisiaj pracuje w parafii w Jakobinie, o której zapewne będziemy się mogli dowiedzieć w następnym liście. 
 
Brasilia, 26 października 1997r. 
DRODZY PRZYJACIELE MISJI! 
 
Minęły już dwa miesiące, odkąd wyjechałem z kraju. Najwyższy więc czas by coś napisać o tym co dotychczas robiłem. Na razie moje doświadczenia misyjne są raczej żadne. Choć poznałem kilka wspólnot w parafii ks. Witka Maślanki w Salwadorze, poznałem kilka parafii tu w stolicy, poznałem kilku misjonarzy polskich pracujących w archidiecezji Brasilia i diecezji Luziania, to jednak tak niewiele mogę powiedzieć o pracy misyjnej w Brazylii. Mogę jednak coś powiedzieć o Centrum Kulturalnym Misjonarzy, w którym odbywam kurs. Niestety jest to dla mnie tylko kurs językowy - kurs na dobrym poziomie. Gdy chodzi o stronę formacyjną, to dzieją się tu rzeczy niesamowite - ale o tym potem. Kurs składa się z trzech części: I - trwa 6 tygodni i jest tylko nauką języka; II - trwa 1 tydzień, jest to tzw. staż, czyli pobyt w rodzinie brazylijskiej; III - trwa 6 tygodni i obejmuje naukę języka oraz 10 dwugodzinnych wykładów z zakresu: historii, geografii, polityki, liturgii, teologii pastoralnej. Przed południem są 4 wykłady z języka, a po obiedzie czas na naukę własną. Jest nas 30 osób na kursie i tylko dwie z Polski, ja i jeszcze jeden ks. Andrzej Sobczyk - "Chrystusowiec" z Radłowa, który pracuje wśród Polonii na południu. A tak to cała "wieża Babel": Haitańczyk, Koreanka, Filipinka, z Tanzanii, Meksyku, Boliwii, Kolumbii, Argentyny, Belgii, Niemiec, Austrii, Francji, Włoch, Hiszpanii, Kanady. Niektórzy z nich mówili trochę po portugalsku, ale część gdy przyjechała nie znała ani słowa. Jest część grup podzielonych według stopnia zaawansowania. Ja jestem w piątej. Wyżej są tacy, co już prawie rok mieszkają w Brazylii, mówią więc trochę więcej ode mnie. Moja profesorka nazywa się Izejda. W naszej grupie jest siostra z Włoch, która 20 lat pracowała w Peru, po jednej siostrze z Peru i Filipin, kleryk z Argentyny oraz świecki pan z Belgii, który pracował kilkanaście lat w Afryce.
 
Od niedawna w soboty i w niedziele pomagam polskiemu księdzu na parafii w mieście. Jest okazja, by poznać trochę pracę w parafii, wprawić się w spowiadaniu, porozmawiać z ludźmi i usłyszeć wiele cennych uwag odnośnie życia w tym jakże różnym świecie. Tak naprawdę to już tęsknię za pracą w parafii. Już ponad rok trwają wszystkie kursy, chyba wystarczy.
 
Dzięki Bogu czas upływa bardzo szybko. Już 8 tygodni kursu za mną. Ukończyłem staż w mieście Taguaczinga położonym blisko stolicy. Było to dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie życiowe, więc napiszę parę słów o tym. Mieszkam z rodziną brazylijską, która pochodzi z Bahia - stanu, w którym będę pracował. Nasz staż odbywaliśmy, aby udoskonalić język, poznać trochę realia, w jakich żyje rodzina brazylijska, poznać ich zwyczaje, kuchnię, przyzwyczajenia. Tak więc starałem się jak najwięcej rozmawiać, pytać, poznawać nowe zwroty i słówka, poznawać nazwy owoców, warzyw, przypraw, mebli. W rodzinie była młodzież, więc poznałem także idoli młodzieży brazylijskiej, ich upodobania w dziedzinie muzyki i filmu. Gdy chodzi o podstawowe rzeczy, to nie miałem problemu z porozumiewaniem się. A gdy trzeba było opowiedzieć coś o rzeczach skomplikowanych, szukałem pomocy w słownikach. Rodzina wiele pytała jak jest w Polsce. Często dziwili się, że jakaś rzecz jest nie znana u nas. Dziwili się np., że nie rosną w Polsce pomarańcze, banany, maniok czy inne rośliny tropikalne. Dziwili się, że nie znam potraw, które u nich są popularne. Oni tu chyba wszyscy myślą, że na całym świecie jest tak jak w Brazylii !!!
 
Mieszkaliśmy na terenie parafii Chrystusa Zbawiciela. Był tam jeden dość duży kościół, ale bardzo skromny i dwie małe kaplice. Pracuje w niej tylko jeden ksiądz - Brazylijczyk. Ale na czas naszego pobytu, korzystając z okazji - wyjechał. W parafii działa wiele różnych duszpasterstw np.: duszpasterstwo dzieci, młodzieży, grupa misyjna, duszpasterstwo chorych, kancelarii, sakramentu chrztu, bierzmowania, małżeństwa, jest nawet duszpasterstwo "dziesięciny" - bowiem w Brazylii piąte przykazanie kościelne mówi, że trzeba dawać dziesięcinę - jest to coś w rodzaju naszej tacy. Oczywiście tym wszystkim nie mógł by się zajmować ksiądz. Każda grupa ma swojego szefa, zarząd i działa samodzielnie - ksiądz czuwa nad wszystkim. Spotyka się z liderami poszczególnych grup i wyznacza zadania, omawia problemy. Każda grupa ma swój znak, swoją koszulkę, na której jest napisana nazwa parafii i rodzaj duszpasterstwa. Każdego dnia inna grupa przygotowuje liturgię. Tak się zastanawiam, czy dałoby się podobnie zrobić w Polsce? Bardzo ciekawe jest także i to, iż wiele osób przykleja nalepki na szybach samochodów z napisem "Dzięki Bogu jestem katolikiem". Widziałem także naklejki na drzwiach domów: "W tym domu kocha się Jezusa i Maryję". Jestem ciekaw ilu katolików w naszym kraju stać na takie świadectwo?
 
W poniedziałek, w drugim dniu mojego pobytu na stażu w Taguaczindze, przyjechał ksiądz z sąsiedniego miasta i poprosił mnie, bym za niego odprawił dwie Msze św. i powiedział krótkie kazanie. Nigdy jeszcze nie mówiłem kazania po portugalsku bez wcześniejszego przygotowania na piśmie i sprawdzenia, ale się zgodziłem. Do Sejrlandżi pojechałem samochodem z rodziną, u której mieszkałem. Wcześniej odwiedziliśmy ich krewnych, którzy właśnie mieszkają w tym mieście. Pierwsza Msza św. była w kościele. Kazanie mówiłem oczywiście o misjach. Wypadło całkiem, całkiem... Po Mszy św. ludzie mówili, że można było zrozumieć. Drugą Mszę św. odprawiałem na ulicy. Ołtarz, czyli stół nakryty obrusem stał na chodniku, a ludzie siedzieli na ulicy, na krzesłach pożyczonych z okolicznych domów. Oczywiście nie była to ruchliwa ulica. Na Mszę św. przyszło ze 100 osób, w tym dużo młodzieży. Msza św. rozpoczęła się o godz. 20.00, w więc godzinę po zachodzie słońca. Za oświetlenie służyły latarnie uliczne. Jeszcze nigdy nie odprawiałem Mszy św. na ulicy "pod latarnią"! Ale na drugi dzień było jeszcze ciekawiej. Zatelefonował ten sam ksiądz i poprosił bym odprawił wieczorem Mszę św. i ochrzcił jedno dziecko - dziewczynkę. Na miejscu okazało się, że to dziecko ma włosy po pas i chyba ze 16 lat. W życiu nie widziałem rytuału chrztu po portugalsku, ale jak trzeba, to trzeba. Całe szczęście, że cały obrzęd jest taki jak u nas. Szło mi jednak dość ciężko. Msza św. i chrzest były bardzo skromne, bez homilii. Gdy wszystko miało się już ku końcowi, przyszła jeszcze jedna rodzina i powiedziała, że oni też mieli mieć chrzest, ale się "troszeczkę" spóźnili. Nic nie wiedziałem o drugim chrzcie więc odesłałem ich do proboszcza. Niewątpliwie była to dla mnie kąpiel w głębokiej wodzie.
 
Cały mój pobyt w rodzinie Souza trwał od soboty do niedzieli następnego tygodnia. W niedzielę po obiedzie odwieźli mnie do CCM (Centro Cultural Misionáriu). Gdy wyjeżdżałem, ich siedemnastoletni syn rozpłakał się (mam nadzieję, że nie z radości). Było bardzo miło przez cały czas mego pobytu u nich. Poznałem wielu ludzi, całą ich rodzinę, która mieszka w pobliżu. Uczestniczyłem dwa razy w tzw. "churrasco" czyli naszym grillu. Dzięki temu, że rozmawiałem z nimi codziennie po portugalsku, poprawił się mój język. Mówię bardziej płynnie i przestałem się bać mówić. Trochę szkoda, że wróciły już wykłady, a w dodatku będziemy je mieć także po południu. Mówi się trudno. Pociechą jest to, że jeszcze tylko niecałe pięć tygodni.
 
Dwa tygodnie temu byłem w Luzianie. Jest to miasto - stolica diecezji Luziania, położone w sąsiednim stanie Gojas, oddalonym o 60 km od stolicy. Biskupem jest tam polski franciszkanin. Na terenie diecezji wybudował on "polski Niepokalanów", który nosi tu nazwę "Jardim da Imaculada" (Żardżim Imakulada). W dniu, w którym tam byłem, był odpust ku czci św. Franciszka z Asyżu. W Żardżim da Imakulada pracują także polscy franciszkanie. Wydają miesięcznik "Cavaleiro da Imaculada" (Kawalejru da Imakulada) - "Rycerz Niepokalanej".
 
W Luzianie poznałem jednego księdza z Poznania. Bardzo ciekawy człowiek. Przyjechał do Brazylii jako świecki lekarz. Przed wyjazdem na misje studiował także teologię dla świeckich. Po kilku miesiącach pobytu wstąpił do seminarium i już po roku został wyświęcony na księdza. Obecnie jest prawą ręką biskupa. Rozpoczyna także budować katedrę.
 
Gdy chodzi o moje samopoczucie i zdrowie, zarówno psychiczne jak i fizyczne, to nie narzekam. Czasami dziwię się, że tak dobrze znoszę upały. Nie tylko ja się dziwię, dziwią się także Brazylijczycy. Gdy się z nimi spotykam rozpoczynają rozmowę od stwierdzenia: "Kie kalor!" (piszę tak, jak się czyta) - "ale upał", a ja im na to odpowiadam, że wcale nie taki duży, że mi tak bardzo nie przeszkadza. Nie wiem co będzie, gdy wyjadę do swojej diecezji bardziej na północ, gdzie jest większy gorąc. Na razie Bogu dzięki wszystko w porządku.
 
Kończąc, przesyłam gorące pozdrowienia dla wszystkich przyjaciół misji, prosząc jednocześnie o pamięć i modlitwę. 
 
ks. Piotr Galus
Brazylia
Głoście Ewangelię 1(1998), s. 21-25.